Opolszczyzn@.net

 

   Internetowa fotogaleria województwa opolskiego - 2006/2009                                            

 

  Copyright by J.M.Skop

 

 

 

  • Siestrzechowice i renesansowy pałac wzniesiony w latach 1593-94 przez księcia biskupa Andrzeja von Jerin dla swego bratanka Andrzeja, ówczesnego sędziego nyskiego. Z Siestrzechowic i niedalekiego Ujeźdźca wywodziły się  dwie linie rodu Jerinów : austriacka i pruska. Linię siestrzechowicką założył Filip Jakub von Jerin. Od 1743 roku majątek zarządzany był  przez biskupi szpital w Nysie. Na szczególną uwagę zasługuje barwna polichromia kilkudziesięciu (79) herbów okolicznych rodzin szlacheckich, pochodząca z przełomu XVI i XVII w. znajdująca się na stropie pałacowej kaplicy. Polichromia ta jest unikalnym dokumentem ikonograficznym, niespotykanym w innych częściach Śląska. Nieznany malarz pracował nad nimi 15 lat. Kiedy skończył, nad wejściem do kaplicy wypisał na tynku datę 1609 rok. Pałac jest niestety niedostępny dla zwiedzających ponieważ jest własnością prywatną (jeszcze do ubiegłego roku należał do dwojga braci z Prudnika). Jeszcze w 1973 roku w XVI wiecznym budynku były mieszkania pracowników, biura PGR. Później nadeszły pierwsze lata dewastacji. W latach 80-tych XX wieku przed całkowitym zniszczeniem uratowano go nakrywając nowym, miedzianym dachem. Konserwator zabytków w Opolu znalazł ogromne pieniądze z budżetu państwa na remont Siestrzechowic. Kupiono pod Krakowem sosnowe drewno na więźbę dachową. Przyjechała ekipa górali spod Makowa Podhalańskiego. Prawie rok na miejscu starej, XVII wiecznej modrzewiowej konstrukcji, postawili nową więźbę dachową. Weszła na nią nyska firma dekarska. Kolejny rok starannie kładła poszycie dachu z miedzianej blachy. Bez jednego gwoździa, wszystko łączone na zgięciach. Odtworzyli wszystkie stare żygacze i rynny. Później cieśle zabrali się za odtwarzanie krużganków, jakie z trzech stron otaczają pałacowy dziedziniec. Dzięki nim Siestrzechowice przypominają zamek w Brzegu, albo nawet Wawel. Gdy skończyły się pieniądze pałac znów pozostał sam. Rozpoczął się drugi okres dewastacji, który trwa nieprzerwanie do dziś. Po dewastacji wnętrz przyszła kolej na miedziany dach ... wpierw przez okolicznych mieszkańców, później nowych właścicieli. W 1997 roku, kiedy pałac przejmowali na własność bracia Paproccy, jako rekompensatę od skarbu państwa za utracone mienie zabużańskie, dach był kompletny. Dach pałacu w Siestrzechowicach ma 2120 metrów kwadratowych powierzchni. Miedzianej blachy nie ma już ani na kawałeczku. W październiku 2001 roku sąd rejonowy w Nysie skazał 5 mieszkańców Siestrzechowic na kary więzienia w zawieszeniu za kradzież miedzianej blachy z pałacowego dachu. Wspinali się po murze albo wchodzili do środka przez wybite okna. Przez strych i więźbę dachową wychodzili na stromy dach. Żelaznymi prętami systematycznie odrywali arkusze miedzianej blachy, szerokie na pół metra, długie na 2 metry. Wynosili je pojedynczo, w domu czy w lesie siekierą cięli na mniejsze kawałki i zawozili do punktu skupu. Blacha z powierzchni ok. 300 metrów kwadratowych dała im w sumie 13 tysięcy dochodu w ciągu roku. W marcu 2004 pracownicy braci Paprockich zerwali resztę blachy ... podobno by wyremontować dach na nowo. Remont nigdy nie nastąpił. Opuszczony budynek przyciągał poszukiwaczy skarbów. Kuli dziury w ścianach, zrywali podłogi, demolowali przewody kominowe w poszukiwaniu skrytek. W jednym z pomieszczeń spod zbitego tynku wystaje spora metalowa skrzynia, wmurowana w ścianę. Kiedyś musiała być zakryta pod tynkiem. Podobno kiedyś przyjechali tu jacyś obcokrajowcy. Spędzili w pałacu kilka godzin, zabrali coś ze sobą i wyjechali. Może coś i jest w tych opowieściach, skoro została tu pusta skrytka ... Pałac od końca 2006 roku ma nowego właściciela. Kupił go Australijczyk polskiego pochodzenia - Artur Brzozowski. Pałac nabył podobno za śmiesznie niską sumę 70 tysięcy złotych ... niestety, kilka miesięcy później nowy właściciel zmarł. Pałac odziedziczył jego syn. Dzięki mojej interwencji i częściowo na podstawie przekazanych przeze mnie informacjach, mój kolega - dziennikarz Krzysztof Strauchmann opublikowuje jesienią 2007 na łamach NTO obszerny artykuł na temat katastroficznego stanu pałacu i znajdujących się w nim unikalnych polichromii. To z kolei powoduje że sprawą zainteresowuje się w końcu Wojewódzki Konserwtor Zabytków. Dochodzi do porozumienia stron i nowy właściciel zobowiązuje się do szybkiego przeprowadzenia remontu. Koszt remontu oceniono na 74 tyś. złotych. Upływa kilka miesięcy. Przeciekający dach (lub dosłowniej : brak dachu) dalej zalewa zabytkowe stropy pałacowej kaplicy a wraz z nimi kilkusetletnie polichromie. W marcu b.r. miał ruszyć w końcu obiecany remont dachu oraz okien. Ruszył z miesięcznym opóźnieniem ... wrocławska firma wynajęta przez właściciela wprawdzie się zjawiła, zaczęła jednak remont dachu (pokrycie go papą) nie od zaciekającej wciąż kaplicy tylko od drugiej strony ... tempo wykonywanych prac było również mordercze ... w przeciagu 3 miesięcy zabezpieczono jedynie kilkadziesiat z 2120 mq. Zatrudnieni fachowcy okazali się zwykłymi pijaczynami. Na początku czerwca podczas niezapowiedzianej i nieoczekiwanej kontroli pośrednik właściciela monitorujący prace remontowe zastał całą ekipę remontową w trakcie libacji alkoholowej w jednym z pałacowych pomieszczeń ... pijanych, leżących po kątach pracowników nagrano na kamerę i sfotografowano (jako dowód) oraz natychmiast wyrzucono z terenu pałacu. Rozwiązano również w trybie natychmiastowym umowę z wrocławską "firmą remontową". Niestety, łatwowierność a raczej głupota zleceniodawcy sprawiła że firmę w tym samym składzie zatrudniono ponownie. Już na samym początku prac remontowych zapłacono wrocławskiej firmie nie część a całą sumę pieniędzy  przeznaczonych na remont zabezpieczenia dachu. Po nieoczekiwanym rozwiązaniu umowy szef wrocławskiej firmy oznajmił że otrzymanych pieniędzy już nie odda ... tak więc pozwolono z przymusu na ponowne rozpoczęcie dalszych prac tym samym pracownikom. Kilka dni później (26 czerwca) z pałacowego dachu spadł jeden ze zwolnionych za pijaństwo pracowników ... był w odwiedzinach u kolegów, opróżniono kilkanaście butelek i ... spadł. Reszta pijanych kolegów wystraszyła się i uciekła. Pechowiec połamał ręce, nogi, obojczyki, miał pękniętą śledzionę i wątrobę ale przeżył. W szpitalu w Nysie stwierdzono u poszkodowanego 3,24 promila alkoholu we krwi. Prace stanęły. Na poczatku lipca do Polski z Australii przyleciał właściciel pałacu i spotkał się z komisją woj.konserwatora zabytków. Było wiele obietnic i ustaleń. Ale na tym się też skończyło. W sierpniu b.r. odwiedziłem ponownie pałac. Firma dekarska wyniosła się całkowicie. Kilkadziesiat metrów kwadratowych położonej papy zerwał wiatr. Jest tak jak było przed rokiem. Deszcze zalewają dalej unikatowe freski. A czas goni ... w lutym tego roku w przedsionku sąsiadującym z kaplicą (pomiędzy bramą główną a dziedzińcem) ze sufitu/pod sklepieniem runął jednej nocy cały tynk. O katastroficznym stanie polichromii informowałem już kilkakrotnie służby konserwatorskie. Niestety jak zawsze bezskutecznie.
  •  

    © Kopiowanie, przerabianie, wszelkie publikacje zamieszczonych tutaj zdjec bez uprzedniej pisemnej zgody autora zabronione !

      .................................

  • nto
  • umwo